51fb25d6edc0e76e11e9268b7395ac2dcceb9544

Lubicie filmy o inwazji obcych na ziemię? Ja uwielbiam i dlatego nie wahałem się ani chwili, kiedy Netflix udostępnił „Zagładę”. Do seansu nie podchodziłem z wielkimi oczekiwaniami, ale liczyłem na dobrą rozrywkę. Niestety, na każdej płaszczyźnie było mocno średnio.

W pierwotnym planie film miał trafić na sale kinowe, ale ostatecznie został włączony do przepastnych zbiorów streamingowego giganta. W Universal chyba za bardzo nie płakali po tej pozycji, bo już pierwsze sceny pokazują, że jest to mocno biedne kino kategorii B – trochę solidniejsze niż filmy dedykowane od razu na platformę Netflixa, jednak dużo słabsze od tego, co na co dzień możemy zobaczyć w kinie.

Większość scen była kręcona na makietach, w studiach nagraniowych i to niestety widać. Lokacje aż rażą sztucznością, nie ma praktycznie ani jednego miejsca, kiedy film dostałby porządnego kopa w postaci jakiejś realnej scenerii. Jest sterylnie oraz sztucznie i w sumie w przypadku filmu science-fiction nie jest to wadą. Problem w tym, że nie idzie tu wyczuć żadnej głębi, jakiegoś odniesienia do świata prawdziwego i dlatego widz przez cały czas ma wrażenie, że ogląda bohaterów zamkniętych na planie filmowym. Przyjęcie takie formuły męczy, ale też można to zrozumieć, bo jednak budżet „Zagłady” nie był najwyższy.

NIEKOMPLETNY POMYSŁ

Pomijając już wszystkie biedne efekty i otoczenie, w którym dzieje się akcja, nie można nie zauważyć kolejnego minusa – tym razem już takiego, który razi dużo mocniej – a mianowicie dość miałkiego scenariusza.

Sam pomysł na fabułę jest całkiem niezły, nie rewolucyjny, ale w pewnym sensie świeży. Mamy bowiem głównego bohatera – Petera (granego przez Michaela Pena), który ma problemy ze snem. Kiedy tylko zamyka oczy, śnią mu się koszmary, w których jest świadkiem inwazji obcych na ziemię. Sekwencja się powtarza, a nie mogący się skupić na niczym innym Peter zaczyna zaniedbywać rodzinę i pracę. Co oczywiste, wszyscy dookoła zaczynają go uważać za wariata, łącznie z żoną (tu całkiem nieźle wypadła Lizzy Caplan). Wszystko rzecz jasna do czasu, czyli – tak, doskonale się domyślacie – wyśnionej inwazji obcych, którzy niszczą i zabijają wszystkich, których napotkają na swojej drodze.

Nie zagłębiając się bardziej w szczegóły i spoilerując dalszej fabuły, bohaterowie zaczynają swoją drogę. Uciekają i walczą z obcymi. Peter ma okazję wykazać się jako mąż oraz ojciec i wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że akcja ciągnie się jak rozgotowany makaron. Mniej więcej podobny motyw drogi i walki o życie mogliśmy zobaczyć w „Wojnie Światów”, gdzie Tom Cruise wędrował przez atakowane Stany Zjednoczone ze swoją córką. Tam jednak – wiem, to był film za dużo większe pieniądze  – wszystko rozrywało się dynamiczniej, obcy wywoływali prawdziwy strach i niepokój, a zagrożenie było realne. Wszystko to sprawiało, że chciało się kibicować Rayowi i Rachel – w „Zagładzie” takiej potrzeby nie odczuwałem, czekając w napięciu na… ostatnią scenę.

ZMARNOWANY POTENCJAŁ

I chociaż na końcu twórcy proponują nam całkiem niezły twist i wywracają do góry nogami stół, to trudno nie mieć wrażenia, że brakowało w tym wszystkim konkretnej podbudowy. Był jakiś ciekawy pomysł, ale wykonano go tak na pół gwizdka przez co nie do końca ma się poczucie zmieniającego się status quo i tego, kto tak naprawdę jest zły, a kto dobry.

Niestety, ale tak jest z całym filmem, praktycznie od początku do końca. Brakuje treści, brakuje porządnego scenariusza i jak na dłoni widać, że to produkcja niepełna. Dialogi są miałkie, główni bohaterowie jedynie poprawni (no, momentami pracują na wyższe noty), w całości pełno mamy niedopowiedzeń, nie wiemy, dlaczego coś się wydarzyło, a jeśli już, to często zostajemy pozostawieni sami sobie z licznymi pytaniami. Wydawać by się mogło, że zabrakło czasu na lepsze wyłożenie widzowi kilku kwestii i to odbija się czkawką już do samego końca. Końca, w którym tanie efekty tak mocno uderzają w oczy, że te bolą jeszcze kilka godzin po seansie.

Tak jak napisałem już wcześniej, twórcy zaproponowali świeży i ciekawy pomysł, ale polegli na etapie wykonania. Film zawieszony pomiędzy kinem i telewizją, niedopracowany scenariusz, który tak na dobrą sprawę jest zaledwie porządnym zarysem fabuły i oszczędne lokacje, które powodują wrażenie, jakoby nasi bohaterowie byli jedynymi ludźmi w wielkim mieście. Sorry, to nie jest przepis na sukces.

Reasumując, wiele nie oczekiwałem, wiele też nie dostałem. „Zagłada” jest filmem poprawnym, ale bliżej jej to kategorii „słaby poprawny” niż „poprawny z widokami na całkiem niezły”. Bieda kosmiczna inwazja została tu przedstawiano w niezwykle kameralny sposób, a skoro nie dodano do tego odpowiedniej podbudowy postaci i wspomnianego już fabularnego twistu, to tak naprawdę nie ma na czym oka zawiesić, nie ma za kogo trzymać kciuków. Ot, mocno średnia rozrywka na wolny weekendowy wieczór.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s